Musisz przeanalizować potrzeby klientów. To zdanie pada często, ale rzadko idzie za nim konkret. W strategii marki nie wystarczy ogólne „poznaj swojego klienta”. Potrzebujemy ramy, która pozwoli oddzielić to, co naprawdę kluczowe, od szumu.
Ten artykuł jest skrótem 56. odcinka podcastu o tym samym tytule.
Wolisz słuchać? Kliknij poniżej!
Analiza potrzeb klientów to jedno z tych zadań, które pojawia się wielokrotnie – przy projektowaniu produktu, w sprzedaży, w marketingu, w strategii biznesowej. Problem w tym, że w każdym z tych obszarów robi się to trochę inaczej i skupia się na innych szczegółach. Na poziomie marki podchodzimy do tego bardziej ogólnie – marka jest parasolem nad całą resztą, klamrą, która spina sprzedaż, marketing i komunikację. Dlatego nie zakopujemy się w detalach, ale szukamy esencji: tego, co naprawdę trzeba zrozumieć, żeby marka mogła dobrze działać.
Ta esencja mieści się w trzech słowach: okoliczności, oczekiwania i obiekcje.
Okoliczności
Co sprawia, że klient zaczyna nas potrzebować?
Zanim klient trafi do nas, coś musiało go do nas przyciągnąć. Jakieś zdarzenie, sytuacja, moment w życiu, który sprawił, że zaczął szukać tego, co oferujemy. W marketingu mówi się o tym category entry points – punktach wejścia do kategorii. To wszystkie sytuacje, z którymi chcemy się jako marka skojarzyć w głowie klienta, bo to w nich pojawia się potrzeba, zainteresowanie, gotowość do szukania.
Gdy produkt jest kupowany impulsywnie i spontanicznie, okoliczności to konkretna stopklatka z życia klienta. Zatrzymujemy czas i przyglądamy się temu, co się w tej chwili dzieje wokół tej osoby. Trzy kluczowe wymiary tej stopklatki to miejsce, czas i współzależności. Gdzie to się wszystko rozgrywa? Kiedy – o jakiej porze dnia, tygodnia, roku, przy jakiej okazji? I z czym lub z kim jest to powiązane – czy klient jest sam, czy kupuje dla kogoś, czy robi to przy okazji czegoś innego?
Doskonale to widać na przykładzie orzeszków w czekoladzie. Można je kupić w sklepie spożywczym, w kinie, w kawiarni albo na stacji benzynowej. Ta sama osoba, ten sam produkt – a jednak za każdym razem to jest zupełnie inna sytuacja. Na stacji benzynowej klient się spieszy, jest kolejka, chce tylko coś szybko złapać na drogę. W kawiarni ma czas, może porozmawiać, porównać smaki, zastanowić się. Te okoliczności zmieniają wszystko: zachowanie, podejście, oczekiwania.
Gdy zakup wymaga dłuższego procesu decyzyjnego – trwającego godziny, tygodnie, a czasem miesiące – nie myślimy o stopklatce, tylko o całym fragmencie historii klienta. I wtedy najważniejszy staje się impuls: co takiego stało się w jego życiu, że zaczął w ogóle szukać? Ktoś, kto nigdy nie myślał o polisie na życie, nagle zaczyna się nią interesować, bo dowiedział się o ciąży, wziął kredyt hipoteczny, zmienił pracę na lepiej płatną, stracił kogoś bliskiego albo skończyły mu się czterdzieści lat i zaczął myśleć o przyszłości. Każda z tych sytuacji jest innym punktem wejścia do tej samej kategorii, a zrozumienie ich wszystkich pozwala nam być tam, gdzie klient zaczyna szukać – zanim jeszcze aktywnie szuka.
Oczekiwania
Co klient chce osiągnąć?
Impuls wyrwał klienta z miejsca i pchnął go do przodu. Ale co konkretnie chce on osiągnąć? Co musi się stać, żeby uznał, że jego potrzeba została zaspokojona? To są właśnie oczekiwania – i wbrew pozorom nigdy nie sprowadzają się do jednej prostej odpowiedzi.
Weźmy biuro nieruchomości. Klient przychodzi kupić mieszkanie – to oczywiste. Ale za tym kryje się cały wór: może go przytłacza ilość opcji i potrzebuje kogoś, kto mu to uprości. Może kłóci się z partnerką o wybór i potrzebuje kogoś w roli rozjemcy. Może boi się, że popełni błąd, bo robi to pierwszy raz w życiu. Może po prostu nie ma czasu na research i chce, żeby ktoś wykonał tę robotę za niego. Wszystkie te motywacje są równie realne jak samo mieszkanie.
Dobrym narzędziem do porządkowania tych oczekiwań jest podejście zwane jobs to be done – myślenie o zadaniach klienta. Co ma się zadziać w jego życiu dzięki temu, że skorzysta z naszej oferty? Jakie zadanie nasza marka ma dla niego wykonać? To pytanie pozwala wyjść poza oczywiste chce kupić produkt i dotrzeć do głębszej warstwy motywacji.
Te zadania można rozpatrywać na trzech poziomach. Zadania funkcjonalne to wszystko, co klient chce zrobić lub mieć – co ma się zadziać w sposób praktyczny, namacalny. Zadania emocjonalne odpowiadają na pytanie, jak chce się przy tym czuć: bezpiecznie, pewnie, zaopiekowanie, z dumą. Zadania społeczne dotyczą tego, jak chce być postrzegany przez innych – co ta decyzja mówi o nim w oczach bliskich, współpracowników, środowiska.
Rodzic zapisujący dziecko do szkoły językowej chce funkcjonalnie, żeby dziecko nauczyło się języka obcego. Emocjonalnie chce mieć pewność, że dziecko jest bezpieczne i dobrze spędza czas. A społecznie – może nie chce, żeby jego dziecko wyłamywało się z grupy rówieśniczej, albo chce udowodnić partnerowi, że angażuje się w edukację. Żaden z tych poziomów nie jest ważniejszy od pozostałych. Nawet w bardzo technicznych, racjonalnych kategoriach zadania emocjonalne i społeczne zawsze istnieją – tylko bywa, że są mniej oczywiste i rzadziej artykułowane wprost przez klientów. Dlatego właśnie trzeba ich aktywnie szukać.
Obiekcje
Co może zatrzymać klienta?
Okoliczności i oczekiwania opisują siłę, która pcha klienta do przodu. Obiekcje to siła, która go zatrzymuje. I bywa, że jest silniejsza.
Obiekcje pojawiają się na trzech poziomach. Pierwszy to wątpliwość dotycząca samej potrzeby: czy ja w ogóle tego potrzebuję? Ktoś na stacji benzynowej może stwierdzić, że właściwie nie musi nic podjadać w drodze – i nie kupuje niczego. Drugi poziom to wątpliwość co do rozwiązania: potrzeba jest, ale może da się ją zaspokoić inaczej. Hot dog zamiast orzeszków. Gotowy PDF z dietą od influencera zamiast konsultacji z dietetykiem. ChatGPT zamiast specjalisty. Trzeci poziom to wątpliwość co do marki: klient wie, że potrzebuje tego rozwiązania, ale nie jest przekonany, że akurat nasza marka jest właściwym wyborem.
Obiekcje stają się szczególnie groźne, gdy kilka czynników nakłada się na siebie. Marka jest mało znana, oferta jest niestandardowa lub trudna do porównania z konkurencją, a sama decyzja jest kosztowna lub ważna. W takiej sytuacji klient może mieć wątpliwości jednocześnie na wszystkich trzech poziomach – i to właśnie wtedy najczęściej gdzieś po cichu znika, zanim w ogóle zdążymy mu cokolwiek powiedzieć.
To jest też największa pułapka: zazwyczaj nie wiemy, że ktoś do nas nie dotarł. Nie ma sygnału, że klient zatrzymał się na etapie obiekcji i wybrał inaczej lub nie wybrał wcale. Dlatego analiza obiekcji wymaga aktywnego wysiłku – trzeba ich szukać, a nie czekać, aż się pojawią jako reklamacja lub brak konwersji.
Gdy znamy obiekcje, możemy je adresować w komunikacji, zanim klient zdąży je sam w sobie rozwinąć. Zamiast skupiać się wyłącznie na zachwalaniu oferty, możemy mówić wprost o tym, co może budzić wątpliwości, i pokazywać, dlaczego nie powinno. Im dłuższy jest proces decyzyjny, tym więcej czasu mamy na to, żeby te wątpliwości rozbrajać – i tym bardziej warto to robić świadomie.
Okoliczności, oczekiwania i obiekcje tworzą razem spójny obraz klienta – nie abstrakcyjnej persony, ale prawdziwej osoby w konkretnej sytuacji życiowej, z konkretnymi motywacjami i konkretnymi blokadami. Okoliczności są rozgrzewką i kontekstem: pomagają zrozumieć, skąd klient przychodzi i co go pchnęło. Oczekiwania mówią, dokąd zmierza i co chce osiągnąć. Obiekcje pokazują, co może go zatrzymać po drodze. Dopiero zebrane razem dają podstawę do budowania marki, która naprawdę trafia do ludzi, którzy jej potrzebują.
Co o tym myślisz? Napisz